Podsumowanie drogi nad morze

 Wyjazd z Polski – dzień 1

Wbiegam do hali dworca minutę przed odjazdem podczas gdy Paweł czeka już na peronie i kmini jak przytrzymać pociąg. Na szczęście nie trzeba było i wyruszamy z Wrocławia zgodnie z planem. Planem, który jeszcze dwa dni temu zakładał stopowanie do Słowenii, a dziś siedzimy w pociągu nad morze Bałtyckie. W zasadzie, żeby dojechać do Świnoujścia, które było pierwszym celem musieliśmy się przesiąść w Poznaniu, ale to niuans.

Po 6:35h dojeżdżamy. Jest 21:30, wysiadamy w Świnoujściu, a że nasz prom odpływa dopiero o 23:30 to idziemy uzupełnić zapas kabanosów i gorących kubków w pobliskiej biedronce. Gdy wysiadaliśmy zorientowałem się, że kupiłem bilet na prom do Szwecji na kolejny dzień. Wydaje mi się, że to jakiś błąd strony w końcu sprawdzałem 3 razy datę, godzinę i miejsce, ale cóż. 

Infolinia działa w standardowych godzinach pracy, więc pozostaje nam iść do terminala portowego i liczyć, że ktoś nas wpuści, bo o tej godzinie to nie ma co liczyć na biuro obsługi klienta.

O 22:15 wchodzimy do terminala i widzimy, że w okienku jest pracownik. Połowa sukcesu jest. Pozostaje tylko poprosić o zmianę co przecież nie powinno być problemem. I faktycznie nie jest, a błąd na bilecie nie wynikał z roztargnienia tylko działania systemu, który nie dopuszczał do kupna biletu na mniej niż 24h przed odejściem promu. 

Stres zszedł, a my wchodzimy na pokład. Oczywiście mamy najtańszy możliwy bilet t.j bez kajuty. Poszukując miejsca do rozbicia taboru. Pierwszy zapytany pracownik poleca miejsce na górze, gdzie jest kilkanaście rzędów siedzeń samolotowych oraz kilka kanap.

Widzimy śpiących ludzi na kanapach i pod ścianami. Decydujemy zgodnie z pierwotnym rozłożyć karimaty i również kimać na podłodze. Bez problemu przesypiam 5h. Cały rejs trwał 7, ale spacer po pokładzie,rozbicie się, toaleta oraz pobudka 30min przed przybyciem zajmują pozostałe 2h. 

Jest 6:30, a my właśnie przybyliśmy do Ystadu – szwedzkiego miasta leżącego 50km na wschód od Malmo. Aby zejść z promu musimy poczekać na wywołanie(ok 30min) po czym schodzimy do autobusu, który wywozi nas na ląd.

Cygański tabor rozłożony
Improwizowany pokrowiec

Szwecjo witaj – dzień 2

Mimo, że w Polsce musimy być dopiero za 10 dni to nasz plan jest tylko i wyłącznie palcem po mapie. Choć i to może za dużo powiedziane. Plan na Szwecję to po prostu jazda tranzytem i praktycznie nie schodzenie z głównej drogi.  Wita nas lekka mżawka, choć spodziewaliśmy się pełnoprawnego deszczu. Pora jest wczesna, ale nie ma co tracić czasu.

Idziemy na wylotówkę w kierunku Malmo. Godzinka marszu i prawie jesteśmy, ale zanim to mżawka przeszła w deszcz. Nie jest to ulewa, ale wystarczająco, żeby założyć pokrowiec na plecak. No właśnie – pokrowiec. Tutaj orientuję się, że jadę na północ gdzie przez najbliższe 3 dni ma padać, a skrytka na pokrowiec w moim plecaku jest pusta. 

Przed wyjazdem nawet nie założyłem, że może go tam nie być i była to jedyna rzecz, której nie sprawdziłem. Życie – trzeba improwizować. Reklamówka z Lidla, która miała być na początku na brudne rzeczy wlatuje na samą górę, a dwie mniejsze zrywki(foliówki) trafiają na boki karimaty. Gdzieś po drodze będzie trzeba kupić worki na śmieci i problemu nie będzie, ale do tego czasu wyglądam komicznie. Deszcz miał padać 1,5h. Po jakim czasie złapaliśmy stopa?

 Po 60min, a jakżeby inaczej. Podwozi nas bardzo sympatyczna pani, jednak spieszy się i nie podrzuci nas na lepszy węzeł autostradowy, który co prawda nadkładał jedynie kilka minut, ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. W tej redakcji wjechaliśmy do Malmo. Spacer po mieście szybki ogląd starego miasta gdzie po drodze dostaliśmy propozycję podpisania propozycji za komunizmem.. Dalej wizyta w markecie po jogurt pitny,  banany i worki na śmieci. 

Udaliśmy się w stronę portu, przy którym jest stacja kolejowa, ponieważ najwygodniej do wylotówki było dojechać pociągiem. Bilet na regio kupiony i jedziemy 2 stacje za miasto. Potem spacer 8min i jesteśmy na wjeździe na autostradę. Ruch nie jest największy, natomiast każde wjeżdżające tędy auto jedzie w kierunku Goteborga czyli jednego z największych miast Szwecji leżącego wzdłuż autostrady wiodącej do Norwegii. 

Z dobrych rzeczy przestało padać, ale wieje i jest nieprzyjemnie. Po 30 minutach łapania liczba interakcji z kierowcami poza sporadycznym pozdrowieniem przez podniesienie ręki jest zerowa. 

W tym też momencie jak każdy wcześniejszy samochód minął nas ok 50-cioletni amerykański wóz. Zaraz po tym gdy nas minął usłyszeliśmy ryk silnika po którym nastąpiło jakby uderzenie blachy.

Idąc przez deszczowe Malmo
Nie ma klimy, ABSu moje życie pełne stresu...

 Odwracamy głowy, a auto wisi jednym kołem na barierce podczas gdy przód jest w rowie. Biegniemy do gościa sprawdzić jego stan. Wziąłem ze sobą plecak, w którym zawsze jest apteczka, bo z doświadczenia jazdy takim autem podczas wyprawy na Nordkapp wiem, że prawdopodobnie nie ma tam pasów ani poduszek. 

Co prawda nie widzieliśmy z jaką prędkością auto wpadło do roku, ale wiemy ze słuchu, że wcześniej próbowało gwałtownie przyspieszyć. Dobiegam do auta rzucam plecak i idę od drzwi kierowcy, a ten już dzwoni po lawetę jakby nic się nie stało.

Do potencjalnej pomocy rzuciliśmy się dosłownie od razu, więc jestem w tym większym szoku. Nie pozostaje nam nic innego jak wrócić na początek wjazdu i łapać dalej. Tutaj pojawił się mały problem związany z tym wypadkiem. Mianowicie samochód wiszący na barierce co oczywiste nie jest codziennym widokiem, więc skradł całe nasze ,,show”. Ludzie jakby mniej zwracali na nas uwagę,dlatego gdy wybiła 100 minuta łapania uznaliśmy, że czas na przerwę i na pobliskiej stacji. 

Zarzucamy plecaki na plecy i ruszamy, a tym momencie mimo braku wyciągniętego kciuka zjeżdża auto. Kierowca z Bośni, który zarabia w Skandynawii, aby udać się w podróż autostopem z Europy na daleki wschód podwozi nas na stację 40km dalej. Od Bośniaka chcieliśmy wziąć Instagrama lub inne social media gdzie będzie relacjonował swoją podróż, natomiast w odpowiedzi słyszymy, że chce to zrobić bez telefonu – po prostu on i podróż. 

Wróćmy na stację, gdzie nas wysadził. Ruch jest przyzwoity, a pogoda się poprawiła. Łapiemy na wyjeździe ze stacji i przez pierwsze 2h dostajemy kilka propozycji podwózki do miasta 10km dalej, ale decydujemy się zostać na stacji i polować na auta jadące dalej. 

Dopiero po ponad 2h zagaduje do nas Koreanka pytając gdzie chcemy jechać. W odpowiedzi rzucamy Goteborgiem(230km dalej), a ta pyta gdzie dokładnie. Ciekawe pytanie tylko jak wiadomo Goteborg jest dla nas tranzytem, więc żeby nie spłoszyć potencjalnej kierującej pada znamienne ,,doesn`t matter”. 

Pakujemy się do luksusowego volvo i od razu moją uwagę przykuwa nawigacja ustawiona na 502km. Szybka obczajka ile jest do Oslo i okazuje się, że kilometry i czas się pokrywają. Oczywiście nie możemy od razu przyznać, że chcielibyśmy jechać do Norwegii, więc toczymy długie rozmowy zapoznawcze opowiadając o Polsce i inny autostopowych przygodach. 

W międzyczasie powstała konstrukcja, której żaden deszcz nie straszny
Kolacja na przystanku przed McDonaldem

Od słowa do słowa w końcu pytamy czy do tego Oslo nie byłoby by problemu. Pani upewnia się, że mamy dokumenty – pytanie w 25 roku nie specjalnie dziwi, więc na ostatniej stacji przed granicą pokazujemy nasze dowody.  Rozmowa potem nie szła aż tak dobrze, a że wyjęcie telefonów byłoby nieodpowiednie to rozwiązywaliśmy krzyżówki.  

Pani upewnia się, że mamy dokumenty – pytanie w 25 roku nie specjalnie dziwi, więc na ostatniej stacji przed granicą dumnie pokazujemy nasze dowody. Tym oto sposobem dojeżdżamy o 21:30 do Oslo gdzie wysiadamy ok 2km od centrum.

Na mapie znalazłem park, który wygląda jakby dało się tam spędzić noc, a przewidywane opady deszczu pozwalają sądzić, że nikt nas nie znajdzie. Zanim spanie to jest plan, żeby pójść do restauracji pod złotymi łukami. Ktoś mógłby pomyśleć, że po długiej trasie szukamy kolacji, jednak zdecydowanie bardziej szukaliśmy toalety i miejsca do ładowania telefonów.