Mam plan – dzień 4
Wstaliśmy za pięć 8, żeby o 8 stawić się na mszy. Ksiądz, który nas gościł codziennie rano odprawiał mszę, więc uznaliśmy, że skorzystamy z daru Eucharystii, a przy okazji powiększymy niezbyt liczne towarzystwo wiernych(msza w poniedziałek na 8 po polsku, dodatkowo ogłoszona dzień wcześniej nie brzmi jak coś co gromadzi dużą liczbę osób) Z nami było 5 osób, a po wszystkim dostaliśmy ponownie zaproszenie na śniadanie.
Odtworzyliśmy danie z poprzedniego wieczoru i miło spędziliśmy poranek z rodakami. Tutaj też wspomnieli nam o szczycie Kjerag jako miejscu znanym i wartym odwiedzenia. Niestety nie leży on na trasie Oslo – Język trolla, więc ta ciekawostka trafiła na półkę ,,na kiedyś”.
Poranek mijał miło, jednak kolejni rodacy udawali się do pracy. W końcu zostaliśmy my, ksiądz i Marcin, który jest tłumaczem. Wymienialiśmy się spostrzeżeniami o świecie, ale przyszedł ten moment, że każdy musiał iść w swoją stronę. Dostaliśmy od Marcina 500NOK(~180zł) co było dużym zastrzykiem dla naszego budżetu. Mandżur zwinięty, telefony i powerbanki naładowane i przyszedł moment pożegnania.
Gdyby przyszło nam wracać przez Oslo to dostajemy zaproszenie, ale my sami nie wiemy czy będziemy wracać promem do Danii, tanim lotem, a może trafimy coś jeszcze dalej i przez Oslo przejedziemy tylko tranzytem. Szczerze mówiąc przy dobrym tempie łapania stopa mój ambitny plan zakładał 2 albo 3 szczyty w Norwegii, a następnie przejazd do Sztokholmu. Tak jak za miastami nie przepadam to jest pewne muzeum z imponującym statkiem z XVIw, który chciałbym zobaczyć. Jak wyjdzie zobaczymy.
Na razie udajemy się na dworzec, aby podjechać dwie stacji na miejsce, które choć wciąż w Oslo to według hitchwiki jest najlepszym do łapania stopa ze stolicy Norwegii. Po 30 min spacerów i jazdy meldujemy się na przystanku autobusowym tuż przy wjeździe na autostradę.
Na język trolla wiodą dwie drogi, zależnie po której stronie pasma górskiego chcemy jechać. My chcemy po prostu jechać, więc założenie jest proste – bierzemy to co się zatrzyma. Ciężko idzie łapanie stopa, ponieważ pierwsze auto zatrzymuje się dopiero po 2h i to z propozycją podrzucenia nas na następny zjazd co nie wydaje się być optymalne, więc decydujemy się zostać. Auta, które nas mijały musiały wcześniej zjechać z ronda i czymś pięknym(ale tylko przez pierwsze 20min) było marzyć jakim to wozem się nie przejedziemy. W minutę przez rondo potrafiły przejechać auta o wartości całych łódzkich Bałut.
Gdy dobijała trzecia godzina łapania zatrzymał się hindus, który podrzucił nas na lepsze miejsce. Z tymi lepszymi miejscami różnie bywa, ale nie mieliśmy nic do stracenia. Gość stwierdził, że w Norwegii nie ma co łapać stopa, bo ludzie tutaj są inni i nikt nas nie weźmie. Takie pocieszenie na start, ale chcemy wierzyć, że nie będzie tak źle. Wysiadamy 15km dalej przy innym wjeździe na autostradę.
Wiemy już, że pojedziemy drogą południową, a nie tą zachwalaną jako malowniczą łączącą Oslo i Bergen, ale cóż – zawsze będziemy mogli tamtędy wrócić. W nowym miejscu złapanie stopa zajmuje 5min. Trafiamy kierowcę do Drammen – ostatniego dużego miasta będącego blisko aglomeracji Oslo. To dobrze, bo teraz powinno być łatwiej złapać kogoś na więcej niż kilkadziesiąt kilometrów
Jedziemy ze starszym Norwegiem, dobrze się rozmawia i czuć, że gość rozumie dokąd chcemy dojechać. Ponownie pada zdanie o podwiezieniu nas na dobrą miejscówkę, a że my nie mamy specjalnie planu to nie protestujemy. Okazuje się że na rozwidleniu nasz kierowca jedzie na południe autostradą w kierunku Torp i Sandefjord, ale jest już za późno by wysiąść. Ahoj przygodo w takim razie zanim język trolla to pojedziemy zobaczyć południowe wybrzeże Norwegii. Wysiadamy na stacji benzynowej i zjadamy kanapki zrobione jeszcze na parafii. Jako dodatek oczywiście ketchup z burger kinga.
Zaczyna mżyć, więc na chwilę się chowamy, ale szybko przestaje. Nikt z nas nie ma ochoty zagadywać do kierowców, więc stajemy na wyjeździe ze stacji pokazując kciuk. 30min łapania i ponownie zatrzymuje się hindus.
Bardzo miły gość, którego żona z którą rozmawia przez telefon znała nawet kilka zwrotów po Polsku. Jedziemy z nim do Torp czyli jakieś 70km. Spoko, choć łączny wynik 115km nie jest powodem do dumy. Wysiadamy na stacji benzynowej przy pełnoprawnym deszczu w którym na pewno nie będziemy łapać. Na sam koniec dostajemy propozycję kolacji gdybyśmy nic nie złapali tego dnia, a była już 18. Cóż najpierw idziemy do supermarketu uzupełnić zapasy, a międzyczasie trwają analizy czy iść na kolację czy nie. Typical indian dinner brzmi kusząco, ale te 115km to trochę lipa.
W deszczu nie chce nam się łapać wiedząc, że od jutra ma być słońce i to nie jako przebłysk jednego dnia tylko pełnoprawne lato przez tydzień. Pełnoprawne jak na Norwegię przystało oczywiście, ale 22 stopnie i słońce to dla nas idealna pogoda – w przeciwnym razie pojechalibyśy na bałkany. Szukamy największych promocji w sklepie i okazuje się, że są liofilizaty z norweskiej firmy za 24zł.
W Polsce dokładnie takie same kosztują dwa razy tyle. Bierzemy po 2 na głowę bo taki jest limit promocji, a jednak ciepłe bolonese czy asian curry za 24zł w postaci lio to jak za pół darmo. Przy kasie okazuje się, że promocja jest z kartą lokalnego sklepu, ale po szybkiej interakcji z lokalsami wychodzimy z 4 obiadami.
Do tego ze strefy sałatkowej wziąłem zapas drewnianych widelcy, bo okazało się, że z całego ekwipunku zapomniałem tym razem jednej rzeczy – łyżki. W supermarkecie za darmo jest kawa, ale że my nie pijemy to wracamy na stację. Tym razem prosimy o wrzątek bez zamawiania czegokolwiek ot taki eksperyment społeczny i co? No problem.
Od razu zjadamy po jednym lio, a nic tak nie wzmacnia morale jak ciepły posiłek w deszczową pogodę. Pomyśleć, że można by skorzystać z zaproszenia naszego kierowcy i zjeść porządne hinduskie asian curry. Z drugiej strony 115km to mało i mimo wizji ciepłego domowego posiłku coś podpowiada żeby spróbować chociaż pół godziny. Może w deszczu się ktoś zlituje…
Plecaki zabezpieczone przed deszczem workami na śmieci, kurtki ubrane i idziemy. Stajemy na wjeździe i ustalamy założenia. Najbliższa miejscowość gdzie nie pada jest 150km dalej, a idealnie byłoby złapać stopa na 200km do Kristiansand.
Ustalamy, że łapiemy od 100km w górę(bo po co moknąć gdzieś indziej jak można pójść na asiana) i najważniejsze łapiemy aż nie przemokniemy. Miejsce wydawało się spoko i tak też było – w 10min zatrzymał się samochód, a co ważniejsze jechał do Kristiansand.
Rumuński kierowca jadący ze swoją mamą jechali dodatkowo do części miasta, która nas interesował pod kątem jutrzejszej kontynuacji podróży. Wysiadamy na wyjeździe z miasta i idziemy sprawdzić jak miejsca znalezione na satelicie mają się do rzeczywistości. Pierwsze miejsce to mini plaża przy jeziorku. Klimat trochę jak z horroru, ale co zrobisz. Możesz pójść sprawdzić drugie miejsce jakie znaleźliśmy i było raptem 5min od nas czyli przestrzeń za lokalnym boiskiem. Po przyjściu na miejsce zauważamy ślad po namiocie, który stał tutaj być może nawet wczoraj. Nasz namiot staje dokładnie w tym samym miejscu.
Obóz rozbiliśmy 15min po północy, a 15min później zaczął padać deszcz. Na szczęście miały być to tylko przelotne nocne opady, które spotkały nas gdy namiot już stał, więc problemu nie było. Kolacja w formie ostatnich kabanosów z Polski i można żegnać dzień.