Chcę w góry – dzień 5
Pobudka bez pośpiechu(i budzika) ok 8:30. Wita nas słoneczny dzień i tak ma być najbliższy tydzień. Wszystkie poranne czynności włącznie ze zwijaniem obozu zabierają nam standardowo godzinę. Bierzemy plecaki na plecy i idziemy na wylotówkę. 6min marszu i jesteśmy na miejscu. Aut jest dużo w końcu to główna droga na Stavanger, a zarazem autostrada idąca wzdłuż południowego wybrzeża.
Z racji, że w 15 min nie złapaliśmy stopa decyduję rozłożyć tropik od namiotu na chodniku, aby wysechł po mokrej nocy. Paweł robi to samo z butami i skarpetkami i w takim towarzystwie stoimy i czekamy. Po ok godzinie zatrzymuje się młoda Norweżka pochodzenia węgierskiego, która akurat jedzie w góry. Widzimy, że jedzie 30min od naszego celu, a celem jest Kjerag.
Szczyt, o którym usłyszeliśmy najpierw na parafii w Oslo i trafił na listę ,,na kiedyś”. Po analizie szczytów w rejonie uznaliśmy, że ten najchętniej zobaczymy, więc Kjeragbolten, do którego mieliśmy jakieś 4.5h i 260km stał się celem na dziś. Pierwszy samochód, który się właśnie zatrzymał miał podrzucić nas ponad 200km co zbudowało nam morale od samego rana. Dodatkowo wymieniliśmy się aucie playlistami i tak po godzinie rozmów zaczęliśmy słuchać kwiatu polskiej muzyki czyt. polskiego rapu, ale żeby nie było klasyki też pokazaliśmy.
Po godzinie nastąpiła zmiana na norweską muzykę, która również była rapem. Niektóre kawałki wpadały w ucho, więc poprosiliśmy o linka do playlisty. Miłą jazdę przy norweskim rapie przerwała wyczerpująca się bateria w aucie. Znaczna większość aut na norweskich drogach to auta elektryczne, do których jest rozbudowana infrastruktura. Mimo dużej dostępności ładowarek nasza kierująca, która chciała jechać na wypad w góry uznała, że musi wracać, bo nie starczy jej baterii.
Żeby nie wysadzać nas pośrodku niczego podwiozła nas jeszcze 15km do rozwidlenia dróg ze stacją benzynową i sklepem co podnosiło szanse złapania kolejnego stopa. Wysiedliśmy i pożegnaliśmy się w miejscu gdzie od razu można było poczuć i zobaczyć fragment norweskiej przyrody. Jeziora otoczone niewielkimi górami porośnięte zielenią otaczały nas z każdej strony.
Miejsce piękne, ale może być jeszcze piękniej – do naszego celu 40min. Zanim zaczniemy dalej łapać pora na drugie śniadanie. Idziemy na stację po wrzątek i do łazienki. Mimo, że nie wydajemy żadnych pieniędzy na stacji dostajemy tyle wrzątku ile chcemy, a nie było tego mało. Zjadamy lio, które wczoraj zdobyliśmy na promocji i idziemy zobaczyć co oferuje sklep przy stacji. Nie spodziewamy się zdobyć cokolwiek taniego, ale spróbować upolować coś co da energię w górach nie zaszkodzi.
Paweł znajduje na półce orzeszki coś w stylu mieszanki studenckiej. Cena niższa niż w ojczyźnie do tego na 100g mamy 500kal i 20g białka. Do kisieli jak znalazł. Kupujemy po ok 500gr na głowę, do tego tani jogurt, który znaliśmy już z innych sklepów i z takimi zdobyczami wychodzimy delektować się widokami przy stoliku przed sklepem.
Nieubłaganie zbliża się moment powrotu na drogę, ale za nim to idę jeszcze po kubek wrzątku na stację. Wtedy dopiero oswajaliśmy się z tym, że praktycznie wszędzie w Norwegii nie ma problemu, żeby go dostać, więc chcę wykorzystać okazję, która nie było pewne że się powtórzy. Miła blondynka napełnia mi duży papierowy kubek, który zdobyłem jeszcze w Oslo, a w nim ląduje torebka z herbatą zdobyta na parafii, również w Oslo.
Z taką darmową herbatą wracamy ponownie do łapania. Zgodnie z mapą musimy jechać połowę dystansu główną drogą, a potem z niej odbić, więc przynajmnije do połowy nie powinno być problemu złapać auto. Wyciągam kciuk i pierwsze auto, którym w tym przypadku jest czarna Tesla od razu się zatrzymuje. Co prawda jechałem już kiedyś Teslą, ale jakoś nadal w mojej głowie jest to samochód nieco egzotyczny. Standardowa rozmowa i okazuje się, że państwo jadą tylko jakieś 10-15km, więc nie dokładnie do naszego zjazdu.
Moje doświadczenia pozwalają mówią, że ludzie z reguły zaniżają kilometry, więc próbujemy zasugerować, że to i tak nam pomoże. Wtedy odzywa się siedzący na fotelu pasażera na oko 8 letni blondyn, że lepiej nam będzie stać tu gdzie jesteśmy bo jest więcej aut i coś tam. Usłyszeć od tak młodego człowieka taki angielski, który niby był zwyczajny, ale który drugoklasista w Polsce by się tak odezwał sprawiło, że nie chcieliśmy dalej dyskutować. Życzyliśmy miłego dnia i łapaliśmy dalej.
5min i mamy kolejny samochód. Oczywiście znowu elektryczny, ale tym razem jakiś Volkswagen ,,z przyszłości”. Pan jechał 80km, więc mogliśmy bez problemu wysiąść na naszym 20km. Po drodze rozmowa o rynku aut elektrycznych w Polsce i Norwegii, dzięki czemu już wiemy, że 98% nowych sprzedawanych aut w Norwegii jest elektrycznych. Wysiadamy na skrzyżowaniu i normalnie nie byłoby to dobre miejsce do łapania, ponieważ brakowało tutaj bezpiecznego miejsca do zatrzymania, natomiast przy tak małym ruchu nie był to problem.
Czuć, że odjeżdżamy od miast – stoimy przy potoku wpadającym do czystego jeziora, obok chodzą barany – natura jest coraz bliżej. W nowym miejscu mija kilka minut zanim pierwsze auto pojedzie w naszym kierunku. Przez moment zaczynam się nawet zastanawiać czy ktokolwiek o tej godzinie(17) będzie jechał jeszcze w góry, ale z drugiej strony co mamy zrobić? Jak nic nie złapiemy to rozbijemy namiot nad jeziorem i pojedziemy rano.
Na szczęście po dwóch minutach mija nas pierwsze auto. WIększość aut była wypełniona po brzegi, więc realnie odmówiły nam może 3 samochody, które stanowiły jakieś 15% wszystkich które jechały wtedy na górę. Po jakiś 30minutach zatrzymał się kamper, który jednak nie jechał do końca trasy, ale uznaliśmy, że i tak wsiadamy.
Z pozostałych 25km, które biegły idealnie na start szlaku(dalej można było dojechać do jakiejś miejscowości, ale była to jedyna droga wjazdu i wyjazdu z miasta) mieliśmy przejechać fińskim kamperem 8, ale przez zajęte parkingi zrobiliśmy 13km. Wysiedliśmy w miejscu, w którym można było już powiedzieć: witamy w norweskich górach.
Po krótkiej sesji zdjęciowej stanęliśmy na drodze. Ponownie kilka minut minęło zanim pierwsze auto ukazało się na horyzoncie, ale to pierwsze się zatrzymało. Na oko obywatel Filipin okazał się Szwedem, który ciężką nogą dowiózł nas na start szlaku. Pytał jakby szukając uznania dla swojej jazdy czy się nie boimy, ale po Albani i Czarnogórze ciężko będzie komukolwiek to przebić.
Po dynamicznych 13 minutach wysiadamy pod szlabanem. Wysiadając czuję zapach jakby spalonego sprzęgła, ale nie mam pewności czy to z auta, którym jechałem. Zabieramy rzeczy, a nasz kierowca odjeżdża dalej w kierunku wioski, o której wspominałem, że jest na końcu tej drogi.
Zajechał może 100 metrów do drugiego wjazdu gdzie zatrzymał się i zaczął oglądać auto. Prawdziwe okazały się przypuszczenia o spaleniźnie z naszego auta. Niestety nic nie możemy zrobić – prawdopodobnie nasz kierowca nie doszacował możliwości auta, a przynajmniej nie uwzględnił faktu, że po drodze dosiadło się ekstra 200kg. Może delikatnie raz podczas jazdy zasugerował, że samemu jechał szybciej, ale chyba każdy wie, że masa wrogiem przyspieszenia.
Siadamy na skraju skarpy i zachwycamy się widokiem na dolinę. W tej chwili do poziomu morza, którego zatokę mamy pod sobą jest jakieś 500 metrów w pionie. Delektujemy się chwilą patrząc na panoramę oraz myśląc gdzie spędzimy noc oraz gdzie się umyjemy. Jest 19 – jemy jakieś przekąski wyciągnięte z plecaka, ponieważ przed nami 2,5h drogi zgodnie ze znakami.
Po tej krótkiej przerwie ruszamy na szlak, który na początku idzie mocno do góry. Droga wiedzie po skale, która przez swoją stromość jest ubezpieczona łańcuchem. Po drodze czekało nas jeszcze jedno przejście przez małą dolinkę, gdzie choć nie straciliśmy aż tak dużo wysokości to drugie strome podejście z 15kg na plecach dawało w kość. Idąc szlakiem rozglądamy się za potencjalnym miejscem do rozbicia namiotu.
Nie chcemy stawiać go na skale, ponieważ wydaje nam się że bez wbijania śledzi jest to niepewne – w końcu jesteśmy w górach. Niestety ziemia po deszczach, które były tu przez ostatnie 3 dni jest nasączona jak gąbka. Idziemy po relatywnie płaskim odcinku, aż do schroniska awaryjnego gdzie spotykamy 3 dwuosobowe grupy turystów.
Z 3 spotkanych ekip jedna zamierza nocować gdzieś w górach, ale też jeszcze nie wie gdzie. Reszta schodzi już na parking, więc tylko pokrzepia nas dobrym słowem, że już tylko godzina do celu. Chwila odpoczynku za chatą, która osłaniała nas od wiatru. Zjedliśmy po batonie i ruszamy dalej. Przed nami ostatnie krótkie zejście po czym ostatnie podejście.